Sytuacja wywiadowcza w Gruzji po 2008

Z wojskowego punktu widzenia wojna w Gruzji z 2008 roku pomiędzy Rosją a gospodarzem – Gruzją – była mało istotna. Rosjanie zablokowali Gruzińskie porty, od północnego-zachodu przypuścili szturm zajmując Abchazję (było to stosunkowo proste, bo tamtejsza ludność nie była wrogo nastawiona do Rosji), następnie 58. armia rosyjska uderzyła na Osetię Południową. Z politycznego punktu widzenia „akcja” była jeszcze mniej istotna. Nie dość, że w początkowej fazie Rosjanie popełnili kilka błędów to jeszcze nikt poważny nie uznał samozwańczych republik, które „powstały” w wyniku rosyjskiej interwencji. Mało tego – zachód oskarżył Rosję o ingerowanie w wewnętrzne sprawy niezależnego państwa i rozbiór tego suwerennego kraju. Jedyny plus Rosjanie osiągnęli w „instalowaniu” funkcjonariuszy operacyjnych, których jedynym zadaniem jest prowadzenie wywiadu w Gruzji.

Przygotowanie do wojny

Mniej więcej 15 lipca 2008 roku Gruzja rozpoczęła manewry wojskowe pod kryptonimem „Partnerstwo dla pokoju”. Manewry te miały za zadanie przywrócić porządek na terenach, które były przychylne projektowi utworzenia separatystycznych republik zależnych od Moskwy. Gruzja wysłała więc w rejony „podwyższonego ryzyka” wojska ogłaszając jednocześnie organizację manewrów.

Następnego dnia Rosja przerzuciła na Kaukaz kilka pododdziałów pskowskiej (!) dywizji powietrzno-desantowej oraz pułk szturmowo-desantowy. W zasadzie już 16 lipca było wiadomo, że Rosja szykuje się do wojny. Bo chyba nikt o zdrowych zmysłach nie myślał, że Rosjanie wysyłają ponad 8 tysięcy żołnierzy i 700 pojazdów różnego rodzaju z Pskowa do Osetii Północnej tylko po to aby zorganizować w tym rejonie manewry „Kaukaz 2008”. Przecież w rejonie Kaukazu stacjonują wojska, które mogą brać udział w manewrach górskich (w takich się specjalizują). Po co tracić pieniądze i wysyłać taką ekspedycję z Pskowa na Kaukaz (myślę, że ponad 3500 kilometrów)? I to jednostki szturmowe? Przeznaczone do „szybkich akcji”.

Jeśli ktoś 16 lipca, mimo dość oczywistych sygnałów, nie wierzył, że Rosja uderzy na Gruzję, to 18 lipca uwierzyć musiał. Dokładnie tego dnia Czeczeni przejęli ściśle tajne rozkazy, które miał rzekomo podpisać W. Putin, z których jasno wynikało, że Rosja planuje kilkudniową inwazję na Gruzję. Z dokumentów wiadomo, że inwazja miałaby mieć miejsce między 20 sierpnia a 10 września. Co ciekawe data ta pokryła się później z rzeczywistą inwazją. Dokumenty ujawnione przez Czeczenów przed wojną ukazywały cały scenariusz wydarzeń. Rosjanie mieli działać na dwóch frontach. Najpierw mieli uderzyć na Abchazję i z tamtejszą ludnością zająć teren, zaś kolejne wojska miały wkroczyć do miast w Osetii Południowej. Ważne było to aby działać jednocześnie, co miało zaskoczyć Gruzinów. Informacje od Czeczenów nie wspominały o blokadzie morskiej jaką flota czarnomorska przypuściła już od początku wojny. Niemniej jednak dokumenty okazały się prawdziwe, choć w dniu ich ujawnienia mało kto w nie wierzył. Najmniej Niemcy i Francuzi. Oba te kraje dały się omamić Rosjanom, którzy gwarantowali, że wojny nie będzie, a manewry mają charakter czysto ćwiczeniowy. N. Sarkozy nawet obwieścił światu, że wynegocjował pokój...

Kolejny sygnał o tym, że Rosja planuje atak na Gruzję wysyłali policjanci i agenci kontrwywiadu Gruzji, którzy raportowali, że w rejonie Abchazji duża grupa rosyjskich inżynierów rozpoczęła budowę linii kolejowej, która została porzucona jeszcze w latach 80/90. Od maja 2008, na terenie, który do Rosji nie należał, inżynierowie z rosyjskiej armii wybudowali kilka mostów i tuneli, a także ponad 50-kilometrowy odcinek kolejowy. Kto sfinansował inwestycję, która przysłużyła się wojskom szturmującym Abchazję? Z całą pewnością nie Gruzja. Jeśli nie Gruzja to chyba łatwo wywnioskować, że był to rząd Rosji. Innymi słowy Rosja wybudowała linię kolejową na terenie obcego kraju. Należy zaznaczyć, że Gruzja od maja 2008 roku ostro protestowała przeciwko tej inwestycji. Ale wówczas Niemcy i Francuzi uważali, że Gruzini są nadwrażliwi. I oczywiście wierzyli byłemu funkcjonariuszowi KGB – W. Putinowi, że wojny nie będzie.

Potrzebny „moment zapalny”

Tak jak Bałkany w latach 90 były „beczką prochu”, która tylko potrzebowała momentu zapalnego, aby wybuchnął konflikt, tak w 2008 roku rejon Abchazji i Osetii Południowej w Gruzji mógł być powodem większego konfliktu. Rosjanie, jako, że są mistrzami w sztucznym tworzeniu takich momentów zapalnych, doprowadzili do tego, że już na początku sierpnia 2008 roku doszło do pierwszych wymian ognia pomiędzy wojskami Gruzji i separatystami z Osetii Południowej. W międzyczasie, na jednym z rutynowych patroli, gruziński policjant zginął wchodząc w minę pułapkę. Oficjalnie Rosja o niczym nie wiedziała, a Gruzini nie potrafili ustalić skąd w rejonie kontrolowanym przez wojska gruzińskie mina-pułapka. W kolejnych dniach prezydent Gruzji M. Saakaszwili wygłosił przemówienie, w którym zapewniał o chęci pokoju. Co więcej – ogłosił zawieszenie broni i nie kontynuowanie jakichkolwiek działań wojennych przeciwko Osetii Południowej czy Abchazji. Nie wiemy na ile te zapewnienia były prawdziwe, natomiast faktem jest, że kilka godzin po przemówieniu wojska gruzińskie i siły osetyjskie nawzajem się ostrzeliwały. To był moment zapalny, którego potrzebowali Rosjanie. Naciągany, mało istotny z punktu widzenia dużej operacji militarnej – ale wystarczający dla Moskwy. Tym bardziej, że Saakaszwili nakazał wkroczenie swoim wojskom do Osetii i wprowadzenie tam konstytucyjnego porządku. Przypominam, że Osetia Południowa była wówczas integralną częścią Gruzji i Saakaszwili miał prawo podjąć taką decyzję jeśli uznał, że na tym terenie są grupy separatystów chcących rozbioru Gruzji. Saakaszwili miał nadzieję, że Rosja nie zareaguje na taki ruch tym bardziej, że na Kremlu nie było nikogo kto mógłby decydować o wojnie. Putin był w Pekinie, zaś Miedwiediew na urlopie. Saakaszwili zapomniał jednak o tym, że w XXI wieku każdy rozsądnie myślący prezydent lub premier ma stałą łączność ze swoim „centru dowodzenia”. Putin decyzję o wojnie mógł i najprawdopodobniej podjął w Pekinie, a Miedwiediew ją zatwierdził ze swojej daczy. Nawet nie musieli zwoływać sztabu, czy centrum kryzysowego, bo plan wojny z Gruzją był już gotowy i zatwierdzony o czym informowali Czeczeni 18 lipca. Dalszy przebieg jest już bardzo dobrze znany. Rosjanie zablokowali, za pomocą floty czarnomorskiej, porty w Gruzji i szturmem zajęli Abchazję i Osetię Południową. Następnie 58. armia rozpoczęła ostrzeliwanie Tbilisi.

Nieoczekiwana interwencja

Plan rosyjskich strategów był doskonały, a dodając do tego potężne siły jakimi dysponowali, Gruzja wydawała się być zgubiona. I wszystko byłoby tak jak chcieli tego Rosjanie - Saakaszwili miał błagać o pokój i o to aby Tbilisi ocalało. W końcu rosyjska armia zaczęła bombardować stolicę, a sam Saakaszwili nakazał ewakuację administracji i budynków rządowych. I to właśnie wówczas doszło do sytuacji, której nawet analitycy rosyjskiej armii nie przewidzieli. 12 sierpnia 2008 roku, a więc w czasie trwania konfliktu, prezydent Polski – L. Kaczyński wraz z prezydentami Litwy Valdasem Adamkusem, Ukrainy Wiktorem Juszczenką i Estonii Toomasem Ilvesem przylecieli do Tbilisi i na wiecu politycznym Saakaszwiliego udzielili mu pełnego poparcia. Dla Rosjan sytuacja taka była nie do przewidzenia. Najgorsze dla nich było to, że nie mogli prowadzić dalej działań wojennych. Wszakże bombardowanie Tbilisi w czasie, gdy przebywa tam czterech prezydentów NATO i premier jednego z krajów paktu było niemożliwe i groziło poważnymi konsekwencjami politycznymi, gospodarczymi jak i ekonomicznymi. Należy zatem stwierdzić, że L. Kaczyński zainicjował 12 sierpnia 2008 roku rzecz niezwykle ważną. I choć nie jestem zwolennikiem polityki Prawa i Sprawiedliwości, ani śp. Lecha Kaczyńskiego to uważam, że postąpił słusznie, a swoją postawą uratował Tbilisi przed wkroczeniem do tego miasta 58. armii rosyjskiej. Nie wiemy jak dziś wyglądałaby Gruzja gdyby nie ta nieoczekiwana interwencja.

Wojna trwa nadal

Jeśli ktoś myśli, że wojna pomiędzy Gruzją a Rosją się zakończyła w 2008 roku to jest w błędzie. Rosja, choć musiała się wycofać z uderzenia na Tbilisi, pozostawiła w rejonie Gori, Kaspi czy Kojori siatki szpiegowskie. Można sądzić, że cała interwencja miała za zadanie nie tyle przejęcie Abchazji czy Osetii Południowej, co właśnie swobodne przerzucenie w najbliższe sąsiedztwo Tbilisi agentów. W końcu w wojennej zawierusze łatwiej „instalować” oficerów operacyjnych, werbować agentów czy podstawiać szpiegów w najbliższe otoczenie władz wrogiego państwa niż w czasie pokoju. Gruzja jest dziś nadziana rosyjskimi agentami bardziej niż kiedykolwiek. I o tym należy pamiętać organizując placówki dyplomatyczne w tym kraju, czy w ogóle prowadząc politykę „międzynarodową” z Gruzją. Jeśli chcemy aby jakaś informacja dotarła do Moskwy niezależnymi kanałami to najlepiej takie informacje kierować przez Gruzję. Choć Saakaszwili może pozornie panować nad sytuacją to nie może zagwarantować, że wszyscy w jego państwie to ludzie oddani Gruzji.


PS. W czasie konfliktu w Gruzji trwała także wojna hakerów. Rosyjscy hakerzy opłacani przez tajne służby zablokowali skutecznie witryny rządowe Saakaszwiliego. W rezultacie Polska i firma Google udzieliły pomocy Gruzji i tak powstał oficjalny blog rządowy na czas wojny, który można czytać i dziś: http://georgiamfa.blogspot.com/. Brak likwidacji tego bloga po wojnie pokazuje, że konflikt, choć w sferze informacji, trwa nadal, zaś Saakaszwili nie ma pewności czy jego strony rządowe nie padną ofiarą kolejnych ataków.


Tekst opublikowano w 2010 roku.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

List Konferencji Episkopatu Polski stojący w jawnej sprzeczności z naukami Ojców i Doktorów Kościoła Katolickiego, w sprzeczności z naukami św. Pawła z Tarsu, św. Hieronima, św. Augustyna z Hippony, św. Tomasza z Akwinu etc., etc.

Program 500+ i zadłużenie też na plus

Dziwny przypadek ludowej partii