Korupcyjne lata 90. w polskiej piłce
Lata 90. w piłce nożnej były naznaczone korupcją. Ale nie tajemniczą, rozgrywaną w kuluarach, lecz taką całkowicie jawną. O tym, że mecze są ustawiane wiedzieli wszyscy. Sędziowie, piłkarze, działacze, obserwatorzy PZPN, kibice, dziennikarze a nawet politycy. To nieprawdopodobne, że mimo tak dużego problemu, dopiero w 2003 roku oficjalnie prawo zaczęło zabraniać korupcji w sporcie.
Przypadek Odry Opole
Nikt dziś nie jest w stanie ustalić gdzie konkretnie zaczęła się korupcja w polskim futbolu. Tylko naiwni mogą sądzić, że wszystko rozpoczęło się w latach 90. Nie bez powodu film „Piłkarski Poker” ukazał się w końcówce lat 80. i o dziwo niezwykle trafnie opisywał to co w rzeczywistości miało miejsce. Ustawianie pojedynczych meczów było bowiem tylko wierzchołkiem góry lodowej. Prawdziwe przewały były robione na nieformalnych spotkaniach, gdzie ustalano jakie kluby będą faworyzowane w walce o awans, a jakie mają zostać w dalszej części tabeli.
Ryszard Niedziela – były prezes Odry Opole, który przy współudziale słynnego Fryzjera z Wronek ustawił praktycznie cały sezon 2000/2001 w II lidze (dzisiejsza I liga) pisał w swojej książce, że na wybrzeżu było organizowane spotkanie, w którym wzięli udział najważniejsi prezesi klubów ówczesnej II ligi, sędziowie i oczywiście działacze. Na tym spotkaniu ustalono kto ma wygrać II ligę w 2001 roku. Pech chciał, że na wybrzeżu nie mógł pojawić się prezes Odry Opole. W efekcie Odra, która kupiła większość meczów w tym ustawionym sezonie i tak nie awansowała. Klub został odstawiony na boczny tor, bo w najważniejszym spotkaniu, które wcale nie odbyło się na boisku, nie uczestniczył nikt z Opola.
Ryszard Niedziela w tym sezonie popełnił dwa błędy, przez które, mimo potężnych środków jakie przeznaczył na skorumpowanie sędziów, obserwatorów i zawodników, nie awansował. Pierwszy – to oczywiście absencja w spotkaniu na wybrzeżu, gdzie zawiązała się swego rodzaju „spółdzielnia klubów” premiowanych do awansu. Drugi błąd – o czym informował go sam Fryzjer – to zbyt duże zaufanie własnym zawodnikom. Fryzjer uważał, że część zawodników Odry Opole to zwykłe „sprzedajne kurwy”, które na wiosnę będą „oddawać” mecze za plecami prezesa Odry. Fryzjer sugerował prezesowi Odry żeby w przerwie między rundami wyrzucił kilku piłkarzy, a w ich miejsce zatrudnił zawodników, którzy w ogóle nie znają języka polskiego. Trudniej będzie takich skorumpować i lepiej zagrają niż ci, których w składzie miał Niedziela. Prezes nie posłuchał „Architekta z Wronek” i już w pierwszych meczach rundy wiosennej przekonał się, że jednak Fryzjer miał rację. Odra Opole, która jesienią była rewelacją rozgrywek nagle zaczęła przegrywać. I to w dodatku z drużynami wyraźnie słabszymi.
Nawet gdy sędzia był przekupiony Odra przegrywała. Jeden z kibiców opolskiej drużyny, z którym rozmawiałem o tamtym sezonie, mówił mi, że całe Opole żyło wówczas Odrą i upragnionym wejściem do Ekstraklasy. Po pierwszej rundzie nikt nie dopuszczał nawet myśli, że „taka ekipa” może nie awansować. Wiara w drużynę, prezesa-przedsiębiorcę i doskonałą grę została brutalnie zweryfikowana na wiosnę. A najgorsze dla kibiców Odry było to, że oni naprawdę uwierzyli w to, że ich drużyna gra uczciwie. „Byli aktorami najwyższej klasy, bo ich mecze nie wyglądały na ustawione. Do końca nie domyślaliśmy się, że wszystko jest kupione” - mówi Michał, który sezon 2000/2001 przy Oleskiej pamięta doskonale. Ale o tym, że Odra nie awansuje było jasne już w marcu. Klub nie wszedł do czegoś w rodzaju „spółdzielni”, która faworyzowała inne zespoły. Prezes Niedziela przekonał się o tym brutalnie już na początku rundy. Przekupił sędziego, miał poparcie Fryzjera, a Odra i tak przegrała – zdawałoby się – łatwy mecz. Prezes miał wówczas wejść z wściekłością do szatni sędziów i spytać dlaczego, mimo zapłaty, sędziowie nie pomogli Odrze. Sędzia tego spotkania powiedział Niedzieli, że nawet zbawiciel nie wydrukuje meczu jeśli sami zawodnicy Odry nie chcą wygrać. Niedziela zrozumiał wówczas, że stało się to, przed czym przestrzegał Fryzjer. To zawodnicy Odry zaczęli sprzedawać własne mecze z pominięciem prezesa klubu. Oczywiście nie wszyscy w drużynie byli wtajemniczeni w proceder i nie wszyscy piłkarze Odry sprzedawali mecze. Rozmawiałem z młodym wówczas piłkarzem Odry, który w tamtym czasie trawił do opolskiej drużyny z mniejszego opolskiego klubu. Zawodnik ten twierdzi, że w tamtej Odrze był krąg piłkarzy, którzy byli starsi, mieli już doświadczenie w ekstraklasie i zwyczajnie nie dopuszczali młodszych do swoich spraw. Choć mój rozmówca podejrzewał, że na wiosnę niektórym jego „kolegom” nie zależy już na zwycięstwach tak jak to było jesienią, to nie miał przecież żadnych dowodów na to, że do sprzedaży dochodzi. Z czysto socjologicznego punktu widzenia mieliśmy do czynienia z dwoma grupami. Ekskluzywną, która sprzedawała i decydowała o meczach, oraz wykluczonych – gównie młodych piłkarzach, których trzymano z dala od korupcji i oczywiście od zysków z niej płynących.
„Działacze Amiki kupują wyniki”
Przypadek Odry jest o tyle ciekawy, że w przeciwieństwie do innych klubów, w Opolu wszystko zostało wyłożone na ławę, upublicznione. Każdy sprzedany lub kupiony mecz został szczegółowo opisany przez prezesa Niedzielę. Prezes ujawnił wszystko i wszystkich w swojej książce dzięki czemu Odrę Opole można uznać za jedyny klub w naszym kraju, który w normalny, cywilizowany sposób rozliczył się z haniebnym procederem korupcyjnym i odpokutował w niższych ligach za błędy z przeszłości. Niestety korupcja w latach 90. to nadal temat tabu dla większości polskich klubów. Niektóre przemilczają fakt takiego zjawiska, inne uznały, że sprawa jest zamknięta tak jak działania prokuratury w tym zakresie.
Innym ciekawym przypadkiem, bez którego pisanie o korupcji lat 90. nie miałoby sensu, jest klub z Wronek. Podobnie jak w sezonie 2000/2001 II liga została ustawiona, tak w sezonie 1994/1995 dochodziło do meczów, które dziennikarze wprost nazywali „sprzedanymi”.
W tym czasie Amica Wronki była beniaminkiem II ligi. Klub, który „dostał” miejsce w IV lidze (Amica nie startowała od C klasy, WOZPN przydzielił temu klubowi od razu miejsce w IV lidze za sprawą działalności Fryzjera) bez problemu wygrał III ligę, a teraz miał wejść do ekstraklasy. Tylko naiwni mogą sądzić, że w sezonie 1994/1995 Amica grała w stu procentach czysto. Sędziowie pomagali temu klubowi nawet tam, gdzie Amica nie grała. Takim meczem bez wątpienia było spotkanie Ślęzy Wrocław z Wisłą Kraków. W tamtym sezonie trzy kluby liczyły się w walce o awans. Śląsk Wrocław, Amica Wronki i właśnie Wisła Kraków. Mecz ze Ślęzą był ważny dla Wisły, bo tylko wygrana dawała krakusom dalszą szansę w grze o awans. Ślęza – klub z dołów tabeli, bardziej broniący się przed spadkiem niż walczący o cokolwiek innego nie miał tak naprawdę szans na pokonanie świetnie grającej w rundzie wiosennej Wisły. Ślęza była w tabeli na 12. miejscu. Z kolei Wisła, Śląsk i Amica były na szczycie i przewodziły tabeli. Niestety dla klubu z Wronek tylko dwie pierwsze drużyny miały prawo awansu. W takiej konfiguracji Amica mogłaby nie wejść do ekstraklasy. A jak wiadomo – Fryzjer – nie lubił zostawiać czegokolwiek przypadkowi i jak zwykł mówić – „mecz trzeba podeprzeć także drugą nogą”. Nie wystarczyło przekupić sędziów czy rywali zespołu z Wronek. Należało odpowiednio wpłynąć także na wyniki innych spotkań.
Mecz Ślęzy z Wisłą rozegrano 3 czerwca 1995 roku. Na stadionie we Wrocławiu większość z dwóch tysięcy kibiców stanowili sympatycy krakowskiej drużyny (co ciekawe w sektorach zajmowanych przez Wiślaków byli też kibice z Wrocławia, którzy wspierali Wisłę). Ślęza już od początku meczu narzuciła wysokie tempo, tempo, którego we wcześniejszych meczach na próżno było szukać. W 12. minucie Musiał strzelił pierwszą bramkę. I do tego momentu nikt nikomu nic nie zarzucał. Problemy zaczęły się po pierwszych 20 minutach, gdy z piłkarzy Ślęzy „zeszło nieco powietrze” i to Wiślacy przejęli na moment inicjatywę. Co prawda to Ślęza nadal była drużyną lepszą, ale faktem jest, że sędzia tego spotkania zaczął podejmować co najmniej dziwne decyzje. W 30. minucie piłkarze Ślęzy wywalczyli rzut rożny. Piłka została dośrodkowana w pole karne, jednak nikt do niej nie zdołał doskoczyć. Co prawda dwóch zawodników wyszło w powietrze, ale nie utrącili piłki. Tymczasem sędzia odgwizdał rzut karny. Nawet piłkarze Ślęzy byli lekko zdezorientowani, ale gdy zobaczyli, że sędzia przyznaje im rzut karny nie protestowali. Po meczu sędzia twierdził, że Kaliciak, gdy wyskakiwał do główki, popchnął napastnika Ślęzy. Niestety powtórki tego spotkania, na które specjalnie pofatygowała się regionalna TVP, nie potwierdzały słów sędziego. Warto tutaj zauważyć, że TVP przyjechało na ten mecz specjalnie, gdy w Polskę poszła wiadomość, że we Wrocławiu będzie drukowany mecz. Taka to była rzeczywistość. Wszyscy wiedzieli, dziennikarze w magazynie GOL jasno dawali do zrozumienia, że korupcja jest na porządku dziennym, ale nic się nie zmieniało. A drukowanie meczów odbywało się niezależnie od tego czy telewizja przyjechała na mecz czy nie.
Rzut karny został odgwizdany, wykonany przez Tomzińskiego, a już trzy minuty później sędzia ukarał czerwoną kartką Pawła Kozaka z Wisły. Mecz po 33. minutach był właściwie zakończony. Ciekawostką jest to co powiedział piłkarz Wisły Paweł Kozak. Otóż sędzia dał mu drugą żółtą kartkę za „niesportowe zachowanie”. A czym to „niesportowe zachowanie” było? Otóż Kozak powiedział w 33. minucie sędziemu, że Wisła i tak wygra ten mecz… Była to jasna sugestia, że Kozak wie, że poszło zlecenie z Wronek na ustawienie tego meczu. To tak rozsierdziło sędziego, że ten wyrzucił z boiska Kozaka. Teraz Wisła już nie mogła wygrać tego meczu, choć, grając w dziesiątkę i tak zdołała strzelić honorową bramkę. Wisła – pretendent do ekstraklasy – przegrał z broniącą się przed spadkiem Ślęzą 4:1. Już w następnej kolejce kibice Wisły wywieszali transparenty na stadionie Białej Gwiazdy, na których informowali, że sędziowie w II lidze wywożą z Wronek całe transporty kuchenek, a ci bardziej kreatywni pisali nawet wiersze: „działacze Amiki kupują wyniki”. Wprost mówiono o tym, że to Amica stała za podejrzanymi decyzjami sędziego we Wrocławiu. I oczywiście zupełnym „przypadkiem” było to, że to akurat Amica Wronki najwięcej zyskała na takim wyniku. Teoretycznie Wronki mogły jeszcze nie wejść do Ekstraklasy. W ostatniej kolejce grały bowiem u siebie ze Śląskiem Wrocław. Gdyby Śląsk wygrał to Wisła miałaby jeszcze szanse przeskoczyć Amikę. Ale nic z tego. Nawet dziennikarze, którzy transmitowali ten mecz w telewizji nie mieli złudzeń. Nikt nie miał. Najkorzystniejszy dla obu drużyn był remis – bo obu ekipom dawał prawo gry w ekstraklasie. I tak się jakoś „przypadkowo” zdarzyło, że mecz skończył się wynikiem 0:0. Oglądając ten mecz po latach byłem zażenowany. Piłkarze nawet nie udawali, że wychodzą tylko odbębnić 90 minut (właściwie jedyny niebezpieczny strzał oddał tylko Paweł Kryszałowicz i na tym, ku uciesze obu drużyn, ten nudny mecz się skończył). A najgorsze jest to, że na takie zachowanie było przyzwolenie i ze strony trenerów i ze strony działaczy i ze strony dziennikarzy, którzy zwyczajnie, w trakcie transmisji, usprawiedliwiali ten kuriozalny mecz kończący te hańbiące rozgrywki sezonu 1994/1995.
Na marginesie tylko dodam jeszcze, że w krakowskiej prasie oskarżenia korupcyjne były jawne a nikt się tym jakość szczególnie nie przejmował. Dziś byłyby procesy o zniesławienie, bo jak to tak oskarżać PZPN i Amikę o handlowanie meczami, a w latach 90. nikogo to nie ruszało. Ciekawą rzecz zauważył trener Wiślaków Lucjan Franczak. Otóż Franczak spostrzegł, że ostatnie cztery mecze Wisły sędziowali krakusom tylko sędziowie z kolegium sędziowskiego z Poznania. Czyli akurat z regionu, w którym leżą malowniczo położone Wronki. To, oczywiście zupełnym „przypadkiem”, ten wojewódzki ZPN, w którym potężne wpływy miał Fryzjer – późniejszy wiceprezes tego okręgu. Takich „przypadków”, które dziennikarze wprost nazywali wówczas korupcją było w 1995 roku więcej. Śląsk i Amica wspólnie świętowali awans do ekstraklasy, a w pomeczowych wywiadach zawodnicy i działacze nie widzieli niczego „dziwnego” w tym co się stało. Korupcja weszła wszystkim tak głęboko w krew, tak bardzo została znormalizowana, że nikt nie czuł zażenowania. Normalnością stał się bowiem przewał, zaś nienormalnie, czy wręcz frajerskie było uczciwe granie w piłkę.
Korupcja w zenicie
O ile trudno jest wskazać w Polsce początek korupcji w futbolu o tyle łatwo jest wskazać jego apogeum. To rok 1998. Bezczelność Fryzjera sięgnęła wówczas zenitu. Wprowadził Amikę do finału Pucharu Polski. I to też w tajemniczych okolicznościach. Mało kto dziś pamięta o tym, że Amica miała poważne trudności w tym żeby w ogóle awansować do tego finału. Rozmawiałem z piłkarzem, który został sprowadzony wówczas do Wronek. Przypomniał, że Amica niemiłosiernie męczyła się w tej edycji Pucharu Polski. Pamiętał mecz 1/16 pucharu z trzecioligową Pogonią Świebodzin. Po pierwszych 90. minutach był remis 1:1. Dopiero w dogrywce Amica strzeliła dwie bramki. Ale niewiele brakowało żaby to drużyna ze Świebodzina, jeszcze przed dogrywką, wygrała ten mecz. W tej edycji pucharu Amica rozegrała pięć spotkań, a w czterech, w tym w finale, musiała grać dogrywkę. Więc nie był to walec, który rozjechał każdego rywala na drodze, lecz często wymęczone w dogrywkach spotkania. W finale Amica miała zagrać z Aluminium. Konin – w przeciwieństwie do Amiki – ten klub nie potrzebował tylu dogrywek. Drużyna Aluminium pokonała w drodze do finału czterech ekstraklasowców. Wisłę Kraków, Odrę Wodzisław, GKS Katowice i Polonię Warszawa. Tę samą Polonię, w której grał Olisadebe i która dwa lata później zgarnęła Mistrzostwo Polski. Amica miała prawo obawiać się silnej drużyny z Konina i nie jest prawdą to co sugerował jeden z dziennikarzy sportowych na YouTube, że Amica nie obawiała się Aluminium. A już kompletnym kuriozum jest twierdzenie, że zawodnicy Amiki „byli niezadowoleni z tego, że ten mecz został kupiony”. Wręcz przeciwnie. Mój rozmówca, który zagrał w finale uważa, że realnie rozpatrywano we Wronkach możliwość porażki, choć nikt w klubie nie chciał nawet słyszeć, że puchar mógłby pojechać za miedzę, do Konina. Najgorsze dla Amiki było to, że ekipa z Konina była na fali. Tymczasem Amice szło jak po grudzie. Legenda o tym, że zawodnicy z Wronek byli wściekli na Fryzjera za to, że ten kupił finał została dopisana dużo później. Chodziło o zwykłe wybielenie piłkarzy Amiki. Niby kupili mecz, ale „przecież Aluminium też święte nie było, a tak w ogóle to sami, bez pomocy sędziego też daliby radę”. Bzdura wymyślona po tym jak sprawa wyszła na jaw. Piłkarze Amiki nie pierwszy raz mieli kupiony mecz i jakoś nigdy przeciwko temu nie protestowali. Dlaczego nagle mieliby być oburzeni? Nie byli oburzeni, byli zadowoleni co widać na pomeczowych materiałach. Zresztą do dziś mają w CV wpisane, że wygrali puchar, choć to łgarstwo. Tacy niezadowoleni, tacy skrzywdzeni przez Fryzjera, a medale i puchary na półkach stoją.
Z relacji Andrzeja Jaskota, który został w tym meczu ukarany czerwoną kartką, wynika, że Amica robiła przed meczem tzw. „podchody” pod zawodników Aluminium. Sam Jaskot dostał kilka dni przed finałem telefon od działaczy z Wronek. Próbowano przekonać Jaskota do tego, że Amica jest nim zainteresowana i w przyszłym sezonie podpisze z nim „duży” kontrakt na grę w ekstraklasie. Jaskot uważa, że inni zawodnicy Aluminium też byli „rozpraszani” przez działaczy z Wronek takimi telefonami. Wg Krzysztofa Stanowskiego, choć to informacje, których nigdzie nie udało mi się potwierdzić, więc nie muszą być prawdziwe, czterech zawodników z Konina uległo tym nagabywaniom. Stanowski nie ujawnił którzy to zawodnicy mieliby sprzedać ten mecz, więc równie dobrze do przeciągnięcia ich na stronę Amiki mogło nie dojść. Tym bardziej, że Aluminium było w pierwszej połowie bezapelacyjnie lepszą drużyną. Szybko wyszli na prowadzenie 2:0, a w dodatku sędzia Kowalczyk nie odgwizdał na ich rzecz ewidentnego karnego. Już po pierwszej połowie powinno być 3:0 dla Aluminium. Bo dwie bramki dla Amiki były naciągane jak guma w gaciach. Pierwsza padła po tym jak zawodnik Amiki zagrał piłkę ręką, z kolei druga to kuriozalny rzut karny. Kuriozalny, bo zawodnik z Wronek wykonał klasycznego nura, a sędzia Kowalczyk oczywiście, bez żadnych wątpliwości, odgwizdał karnego. Zamiast wyniku 3:0 po pierwszej połowie było 2:2. Nic dziwnego, że zawodnicy z Konina odmówili wyjścia na drugą połowę. Zdaniem Pawła Kryszałowicza, który jako pierwszy oficjalnie potwierdził, że ten mecz został ustawiony, w przerwie meczu, w pokoju sędziego doszło do licytacji. Działacze obu klubów mieli przebijać oferty dla sędziów. Z taką wersją kategorycznie nie zgadza się Andrzej Jaskot. Zdaniem Jaskota piłkarze z Konina odmówili dalszej gry, gdy zobaczyli co w pierwszej połowie wyprawiał sędzia Kowalczyk – stąd opóźnienie w rozpoczęciu drugiej połowy. Wg Jaskota żadnej licytacji w przerwie nie było. Do dziś nie jest jasne kto wydał polecenie, że piłkarze Aluminium mają wrócić na boisko. Jaskot uważa, że to był błąd. Gdyby wówczas piłkarze Aluminium nie wyszli z szatni, być może problem korupcji trzeba byłoby rozwiązać wcześniej a nie dopiero po 2003 roku.
Na trybunach tego meczu siedział między innymi Tomasz Jagodziński (rzecznik PZPN) w towarzystwie Marka Ungiera (szef kancelarii prezydenta). Nawet Ungier, który piłką się nie interesował zauważył, że sędzia Kowalczyk sprzyja „drużynie w czerwonych koszulkach” - czyli Amice. Jagodziński w wywiadzie dla Weszło mówił, że z przerażeniem obserwował, w towarzystwie ważnego polityka, to co wyprawiał sędzia Kowalczyk. Ewidentnie drukował mecz i jakoś specjalnie się z tym nie krył. Wiedział dobrze, że na trybunach w Poznaniu jest 10 tys. ludzi, mecz jest transmitowany w Canal+, w dodatku na trybunach siedzą politycy i ważni działacze z PZPN. A mimo to, bez zażenowania, sędziował pod Amikę. Mało tego – oficjalny obserwator tego meczu z ramienia PZPN - Alojzy Jarguz uznał, że Kowalczyk sędziował bardzo dobrze i wystawił mu wysoką ocenę 8/10. Podobnego zdania był Michał Listkiewicz, który bronił Kowalczyka mówiąc, że „miał słabszy dzień”, a „zarzuty o nieuczciwości są idiotyczne”. No cóż, Pan Michał słynął z mówienia o „czarnych owcach”, o „pojedynczych przypadkach”. Dziś już wiemy, że Pan Michał jak zwykle pieprzył głupoty. Najprawdopodobniej Kowalczyk za przekręt miał obiecaną nie tylko łapówkę (ponoć 150 tys. zł – gigantyczne pieniądze jak na tamte czasy), ale także miał być nominowany na sędziego międzynarodowego. Jagodziński potwierdził, że PZPNowska wieruszka próbowała przepchnąć kandydaturę Kowalczyka na sędziego międzynarodowego po pamiętnym finale, ale to właśnie Jagodziński się na to nie zgodził. Kowalczyk się o to później mocno obraził, bo przecież „wykonywał zadania doskonale”, a jednak rzecznik PZPN stanął mu na drodze.
Po 90 minutach było 3:3. Przed dogrywką dziennikarz Canal+ rozmawiał z zawodnikiem Aluminium – Arturem Bugajem. Bugaj bezpardonowo, choć spokojnie, powiedział, że Amica gra z jednym zawodnikiem więcej i mają jeszcze po swojej stronie sędziego Kowalczyka. Dodał też, że takie sędziowanie to „gangrena polskiej piłki”, jasno dając do zrozumienia, że ten mecz to ustawka. W dogrywce strzelali już tylko piłkarze z Wronek. Mecz skończył się hokejowym wynikiem 3:5. Fryzjer, który był w sztabie szkoleniowym Amiki świętował z medalem zawieszonym na szyi. Zaś sędziowie musieli schodzić z boiska w obstawie – jak to określił komentator – „komandosów”.
Mimo, że afera korupcyjna trafiła do prokuratury i wielu sędziów, działaczy, piłkarzy czy obserwatorów zostało ukaranych to nadal PZPN nie zrobił kompletnie nic w sprawie ustawionych meczów. PZPN wie jakie mecze zostały ustawione a mimo to nie zweryfikował wyników sprzedanych meczów. Przecież zapisywanie w statystykach pucharu dla Amiki za 1998 rok to plucie w twarz kibicom. Puchar za 1998 powinien zostać anulowany. W rubryce powinna być informacja, że nikomu nie przyznano pucharu z powodu gigantycznej korupcji. PZPN przemilcza temat. Amica jest nadal oficjalnym zdobywcą Pucharu Polski 1998, mimo że w prokuraturze ustalono, że mecz był ustawiony – potwierdził to przecież piłkarz Amiki – Paweł Kryszałowicz.
Komentarze
Prześlij komentarz